
Wyniki 3 dla frazy knf:
Dodano:
Cezary Kaźmierczak - prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, partner w agencji MMT Management. W latach 80. działacz opozycji, potem na emigracji w USA, gdzie był redaktorem naczelnym polonijnego "Dziennika Chicagowskiego" oraz "Kuriera".
08
MAR
2015
ADAM LESZCZYŃSKI: Kiedy frank wystrzelił w górę, dowiedziałem się, że jestem spekulantem walutowym i że trzeba było czytać, co się podpisuje przy braniu kredytu. Pan, jako jeden z niewielu ze sfer gospodarczych, twierdzi, że udzielanie kredytów we frankach to skandal.
CEZARY KAŹMIERCZAK: Bo to był skandal, chociaż jeszcze większym są polisolokaty. To rezygnacja z jakiejkolwiek etyki w biznesie, świadome okradzenie klienta. Są setki przykładów, kiedy człowiek przychodził po kredyt na mieszkanie, miał 50 tysięcy na wkład własny i banki go przekonywały, że dadzą mu kredyt na 100 proc., a te 50 tysięcy niech na polisolokatę włoży...
W umowach znajduje się cały szereg niedozwolonych klauzul. Jeśli próbuje się pan wycofać z polisolokat, zabierają panu wszystko. Ten hochsztapler od Amber Gold to pensjonarka przy tych, którzy wymyślili polisolokaty. Nie rozumiem, dlaczego nie ma wielkiej afery z tego tytułu. Coś niewiarygodnego, że państwo polskie - zwłaszcza Komisja Nadzoru Finansowego - przygląda się temu. Afera SKOK to kolejne świadectwo porażki nadzoru i zarazem demoralizacji całego sektora finansowego. Zastanawiam się, czy nie doszliśmy do momentu, w którym nadzór państwowy powinien zatwierdzać każdy jego produkt!
Nikt nikogo nie zmusza do zawierania umów.
- Banki uwielbiają się odwoływać do wolnego rynku, choć same działają na rynku, który jest bardzo regulowany. Odwołują się też do swobody zawierania umów, co jest kompletnym absurdem, bo konsument nie ma żadnej możliwości dyskusji. Dostaje wydrukowaną umowę i może ją podpisać lub nie. Jeśli jej nie podpisze, ma do wyboru umowy w innych bankach, również wydrukowane, które może podpisać lub nie. Dlatego państwa, aby bronić konsumentów, zaczęły wprowadzać zestawy klauzul niedozwolonych, które nie mogą się znaleźć w umowach. Ale korporacje w Polsce lekceważą to sobie. Przykład sprzedawania takich produktów jak polisolokaty pokazuje, że sektor finansowy jest kompletnie zdegenerowany. Przecież ci, którzy to wymyślili, doskonale wiedzieli, że okradają z tych 50 tysięcy, które często były jedynymi pieniędzmi klienta! Potrzeba jakiejś drastycznej interwencji państwa do zatrzymania tych ludzi. Puściły im wszystkie hamulce moralne.
Dystrybutorzy polisolokat zdradzają kulisy swojej pracy: Kto chciałby zarobić milion?
Prezes NBP Marek Belka mówi w "Forbesie", że nasz system bankowy jest generalnie zdrowy, prowadzi konserwatywny biznes, nie uprawia takich szaleństw jak banki na Zachodzie.
- Takich szaleństw nie ma, to pewne. Na Zachodzie tzw. rynki finansowe, czyli de facto banki, wyprodukowały 12-krotność światowego PKB w postaci instrumentów finansowych. Światowe PKB to 71 bilionów dolarów, instrumentów finansowych jest 12 razy więcej! Czyli większość z nich to toksyczne aktywa warte zero, przelewane i zamiatane pod dywany, ale któregoś dnia ktoś zapyta, ile są warte.
Gdyby Lehman Brothers upadł nieco później i kryzys nie zahamował szaleństwa, w Polsce też by do tego doszło. Pamiętam, jak tuż przed kryzysem zadzwonił do mnie doradca bankowy - nie wiem, skąd miał mój numer - i oferował opcje na proso na bazie kakao... Panie, ja nie za dobrze wiem, co to jest proso! Już wtedy zaczynali wciskać takie rzeczy.
Czyli się spóźnili?
- Nie zdążyli. Sprzedawanie takich produktów jak kredyty we frankach czy polisolokaty jest nadużyciem zaufania. Bank jest instytucją koncesjonowaną przez państwo, więc jest to w jakiś sposób instytucja zaufania publicznego. Może pan mieć nadzieję, że instytucja pana nie oszuka w radykalny sposób i nie przerzuci na pana całego ryzyka.
Argument, że można było czytać umowy, jest idiotyczny. Jak pójdzie pan do lekarza i dostanie od niego truciznę zamiast lekarstwa, to też pana wina? Bo na medycynie trzeba było się znać?
To nie to samo. Do lekarza człowiek idzie, bo musi. Do banku nie musi chodzić po kredyt. Chciałem kupić dom, to go wziąłem. Mogłem wynajmować albo kupić mniejsze mieszkanie.
- Korporacja wie, jak pana przekonać. Jakiś bloger zebrał niedawno ulotki reklamujące kredyty we frankach w tamtym czasie. Wyglądają prawie jak reklamy OFE z emeryturą pod palmami! Zwykły człowiek musi być chroniony przed instytucjami, które w wyrafinowany sposób chcą go naciągnąć.
A jak działa polski nadzór finansowy? Potrafi ukarać kogoś, że obraził w reklamie czarnoskórych.
To źle? Nie wolno obrażać.
- To dobrze. Ale to drobiazg. KNF od wielu, wielu lat nie zgadza się na utworzenie funduszu inwestycyjnego opartego na spekulacjach walutowych. To oznacza, że według KNF profesjonalni doradcy inwestycyjni z certyfikatami, koncesjami itp. nie mogą zarządzać spekulacjami walutowymi, bo to zbyt duże ryzyko. Wiadomo, że 80 proc. ludzi na rynku forex traci pieniądze. W tym samym czasie, gdy KNF odmawia profesjonalistom założenia funduszu opartego na walutach, zgadza się na masową sprzedaż kredytów we frankach.
Dlaczego?
- Nie mam pojęcia, ale jako obywatel chętnie bym się dowiedział. Po wybuchu afery z frankami szef KNF mówi, że banki są bezpieczne. A ludzie?! KNF został powołany dla banków czy dla obywateli? Bo ja nie wiem.
Dla stabilności rynku finansowego.
- KNF to instytucja utrzymywana z pieniędzy podatnika. W pierwszej kolejności powinna się troszczyć o zwykłego Kowalskiego, a nie o banki. Co z tego, że bank zbankrutuje? Powstanie następny. Ludzie muszą gdzieś trzymać pieniądze. Niezbędna jest dla nich klasyczna bankowość, czyli przelewy i tym podobne usługi. To banki kreują potrzebę nowych instrumentów finansowych, opowiadają klientom głupstwa, kuszą zyskami.
Gdyby w Polsce przewalutowano kredyty we frankach po kursie z dnia ich wzięcia, bankom nic by się nie stało. Mają w Polsce gigantyczne zyski, w granicach 15 miliardów rocznie albo i więcej.
Koszty przewalutowania szacowano nawet na 40 miliardów.
- To górna granica. Bardziej prawdopodobne, że kosztowałoby to mniej więcej roczny zysk sektora bankowego. To dla niego przykre, ale go nie zatopi.
Gdybym chciał robić karierę polityczną, wiem, czym bym się zajął. Proszę zwrócić uwagę, kiedy były brane te kredyty: gdy była największa ucieczka z Polski, zaraz po wejściu do Unii. Ci, którzy brali te kredyty, chcieli się związać z Polską. Teraz ludzie, którzy w 70-80 proc. uwierzyli Tuskowi i PO, dostają za to po głowie. Rządzący umywają ręce, a przynajmniej tak się zachowują.
Aferę taśmową da się zapomnieć. Po chwili już nie wiadomo, o co chodziło i kto co powiedział. Kredyt przypomina o sobie co miesiąc! To jasna marketingowa wiadomość: rząd was zostawił na lodzie.
Może polska klasa średnia ma zakodowaną myśl: "Umowy są święte, zacisnę zęby, nie pojadę na wakacje, spłacę ten kredyt".
- Nie spłaci! W wielu przypadkach te kredyty już są niespłacalne. Przewyższają wartość nieruchomości.
Myślę, że powody głosowania na Platformę są inne. Polska na tyle się rozwinęła w ostatnich latach, że po raz pierwszy w historii ludzie w swojej percepcji mają co stracić i głównym motywatorem dla większości nie jest to, aby coś zyskać, lecz lęk, by nie stracić.
Czyli można straszyć, że przyjdzie PiS i wszystko popsuje?
- Na przykład. Niedawno podszedł do mnie na ulicy człowiek, żebym podpisał listę jakiegoś tam kandydata. Planktonowego.
Mówię, że nie podpiszę listy, bo nie znam człowieka. Słyszę: "To nie chce pan zmian!". Ten człowiek nie rozumie rzeczywistości. Większość Polaków nie chce zmian.
Bo są zadowoleni. Tak mówią socjolodzy.
- A moje pokolenie to już w ogóle! Oczywiście drzemy się: "To nie działa, tamto nie działa, naprawić system podatkowy...!". Ale w głębi duszy jesteśmy zadowoleni. Myśmy za komuny w życiu nie przypuszczali, że będziemy mieć to, co mamy! Nigdy!
Ja wiedziałem o ryzyku kursowym. Jak można obalić argument "wiedzieli, co podpisują"?
- Umowy są kompletnie niesymetryczne. Bank jest całkowicie zabezpieczony i całe ryzyko przerzuca na klienta.
Proszę sobie wyobrazić: idzie pan do salonu Mercedesa. To firma godna zaufania. Kupuje pan samochód i jedzie pan do domu. Oczywiście podpisał pan umowę. Nagle się okazuje, że w tym samochodzie znajduje się silnik trabanta. Powie pan: "Widziały gały, co brały"?
Jedną z funkcji państwa jest ochrona obywateli, jeśli znajdą się w tarapatach. Może znaleźli się w tych tarapatach z własnej nieroztropności, ale jeśli pan obedrze tę całą sytuację z umów, paragrafów itp., to sprowadza się ona do tego, że pół miliona polskich rodzin przez lata przepłaci kilkakrotnie za wartość mieszkania. W związku z tym nie będą mogły odłożyć na emeryturę, więc później oddadzą te mieszkania bankom za 30 proc. wartości na tzw. odwróconą hipotekę. Państwo ma się temu bezczynnie przyglądać?
Ludzie wiedzieli, w co się pakują.
- Można też znieść przepisy ruchu drogowego! Korwin już to postuluje. Człowiek jedzie, to widzi, w co się pakuje, przecież jest wolność, może zjechać, walnąć w mur i roztrzaskać sobie mózg. Wolność nie do końca na tym polega, że każdy może robić to, co chce. Głównym zarzutem wobec banków jest kompletna niesymetryczność umów.
Pierwszą sprawą, którą trzeba załatwić, jest bankowy tytuł egzekucyjny, który upraszcza windykację. To niedopuszczalna historia, że bank może windykować poza przedmiot zabezpieczenia! Odpowiada się całym majątkiem za kredyt. To absurd, bo pożyczyło się właśnie na mieszkanie.
W USA oddaje się bankowi klucz i już. Wtedy bank ponosi część ryzyka związanego np. ze spadkiem wartości nieruchomości. U nas można ogłosić upadłość konsumencką...
- Poprzednia ustawa o upadłości konsumenckiej była kompletnie absurdalna i nie działała, obecna już trochę mniej, ale dalej jest zbyt restrykcyjna.
W tym momencie powinien zdecydowanie wkroczyć rząd, bo zuchwałość banków jest niebywała. To pierwszy przypadek, który pamiętam - a jestem w Polsce od 1996 r. - by ktoś w biznesie publicznie powiedział, że nie będzie przestrzegał obowiązującego prawa. Tymczasem banki mówiły, że nie będą honorować ujemnych stóp procentowych, bo muszą zarabiać. No coś niebywałego! Takie rozpasanie...
Poza tym regulaminy sprzedaży poginęły, instrukcje z czasu dawania kredytów frankowych poginęły w bankach. Znikły, nie ma ich.
Przynajmniej w dwóch bankach nie pożyczano żadnych franków. To był wyłącznie instrument finansowy - sposób przeliczania wartości kredytu. A w ten sposób nie wolno bankowi działać. Podejrzewam, że część tych umów zostanie obalona w sądach. Ale co dalej? Kolejny proces, żeby ustalić, co się bankowi należy? To koszty i długie lata.
Dlaczego rząd się tym nie zajmuje?
- Niech pan spyta. Myślę, że działa lobby bankowe. Byłem zaskoczony, kiedy u was ukazał się artykuł Grzegorza Sroczyńskiego o kredytach we frankach. Myślałem, że oni swoimi pieniędzmi pozamykają wszystkim usta.
Powiedzą: "Uważajcie, co piszecie, bo właś-nie rozdzielamy budżety reklamowe"?
- Tak. "Wyborcza" jest duża, więc może sobie pobrykać, ale inni... Byłem zdziwiony, że coś takiego się ukazało, byłem przekonany, że będzie grobowa cisza.
Opowiem ciekawostkę, która dla mnie jest dowodem na to, że PiS nie wygra wyborów. Rozmawiałem z jednym z wysokich funkcjonariuszy PiS. Wyszedł temat franków. Powiedział mi: "Szkoda, że nie możemy się tym zająć". Spytałem z ciekawości: "A dlaczego?". Odparł coś w stylu: "Nie chcemy się narażać bankom".
Rząd, nadzór finansowy, media - wszystko mamy, ale nie zadziałało. Dlaczego?
- KNF powinien szybko zakazać kredytów we frankach i polisolokat. Podobnie jak zakazać działania Amber Gold, ale to dużo mniejsza skala problemu.
Z drugiej strony, mamy do czynienia z taką sytuacją, w której podatnik jest bezsilny - bo mamy całkowity upadek etyki w sektorze finansowym. Jak restaurator oszuka pana na rachunku na 15 zł, to pewnie źle się z tym czuje. W wypadku polisolokat - wracam do tego z uporem maniaka - od początku konstruuje się toksyczny produkt z zamiarem okradzenia biednych ludzi! To pokazuje skalę demoralizacji tego sektora. Dlatego trochę nie dziwię się KNF, bo jeszcze niedawno nikomu do głowy by nie przyszło, że w instytucjonalny sposób projektuje się oszustwo.
Na pewno bankowi prawnicy czytali umowy po siedem razy.
- Na pewno... Ale na miejscu banków wcale bym nie ogłaszał wygranej. Jeśli klienci przestaną spłacać kredyty we frankach, to co oni z tymi mieszkaniami zrobią?
Sprzedadzą?
- Komu? Te mieszkania warte są 50-60 proc. zobowiązań. Jakby to wszystko walnęło, dopiero utopiliby gigantyczne pieniądze - jakieś kilkaset miliardów złotych. Na ich miejscu dogadałbym się z tymi ludźmi i wypracował kompromis.
Ale to zadanie dla polityków, żeby do tego doprowadzić. W Polsce mamy dramatyczny brak przywództwa. Nie ma w ogóle osobistej odpowiedzialności za nic. Każdy zasłania się przepisami i mówi: "To nie ja, ja nic nie mogę".
Weźmy stopy procentowe. Na co nam Rada Polityki Pieniężnej? Czy prezes NBP nie może decydować i brać za to osobistej odpowiedzialności? W tej chwili, jeśli Rada się pomyli i zrobi absurdalny błąd, nie ma winnego. Prezes powie: "To nie ja, to RPP". Rada powie: "Było głosowanie kolegialne". Czegokolwiek się pan dotknie w Polsce - wszystko tak działa. Niech pan zapyta w KNF o polisolokaty! Okaże się, że nic nie mogli zrobić. Źródło : » http://m.wyborcza.pl/wyborcza/1,132749,17671235,Banki_sa_bezpieczne__A_ty_.html
Dodano:
Media milczą i tym ważnym wydarzeniu.01
MAR
2015
Na szczęście wedle ostatnich badań, już ponad 50% odbiorców czerpie informacje z internetu a nie z mediów tradycyjnych.
Podajemy zatem ważną informację - antybankowy bunt, który głęboko popiera Demokracja Bezpośrednia, nabiera siły.
Jest nas 1,5 mln wyborców i nawet bez rewolucji, głosując przy uranach, zmienimy ten kraj, odbierzemy władzę bankowemu lobby i ich sługom.
W TVN i Polsacie kłamstwo, jakoby dzisiejszym na marszu STOP BANKOWEMU BEZPRAWIU było „ponad 500 osób”.
Byłem tam, było ok. 4-5 tysięcy, licząc ostrożnie.
Manifestację rozpoczął alarmowy sygnał kilkuset budzików, bo manifestanci chcą obudzić śpiące polskie państwo, które nie reaguje na fakt, że banki całkowicie ignorują polskie prawo i prawomocne wyroki polskich sądów.
Po odśpiewaniu przez zebranych Mazurka Dąbrowskiego (4 zwrotek!) przemawiali m.in. Tomasz Sadlik, założyciel stowarzyszenia Pro Futuris, najdłużej toczący bój z bezkarnością banków, prof. Witold Modzelewski, któremu niedawno groził wicepremier Piechociński za jego zaangażowanie w obronie ofiar banksterów, a także oszukani przez banki kredytobiorcy z kilkunastu miast Polski. W imieniu prezydenta manifestantów przyjął minister Jan Lityński oświadczając, że prezydent zamierza utworzyć komisję, w której protestujący spotkają się z bankami. Wypada zapytać: a gdzie instytucje państwa powołane, by strzec prawa? To ich bierność jest największym problemem. Złodzieje próbują kraść, ale gdy policja działa, kradną mniej albo wcale. Prawdziwy problem zaczyna się, gdy złodzieje widzą całkowitą bierność policji, to ich ośmiela i zaprasza kolejnych. Ten właśnie problem mamy w Polsce w sprawie kredytów indeksowanych.
Gdy marsz ruszył – na czele podążał opasły bankier we fraku, cylindrze, z pierścienami na palcach i cygarem w zębach, który w jednej ręce trzymał bat, a drugą ciągnął łańcuch którym spętana była polska rodzina. Filmowały ten obrazek kamery wszystkich telewizji. Kolejnymi przystankami był bank Millenium, na drzwiach którego manifestanci zawiesili prawomocne wyroki sądu, który w imieniu Rzeczpospolitej „uznał za nielegalne i zakazał bankowi Millenium stosować w obrotach z klientami” kilka klauzul, które bank nadal stosuje w 58 tysiącach umów tzw. kredytów indeksowanych. Jakby wyroków sądów RP w ogóle nie było. Podobne wyroki i orzeczenia manifestanci zawiesili na kolejnych bankach na drodze marszu: PKO SA, BPH, Reiffeisen, Getin, Agricole, mBank, PKO BP, WBK… W sumie na 1200 metrowej trasie przemarszu znalazło się 10 banków, przed którymi manifestanci skandowali „Który kradnie, ten upadnie!”
Kolejnymi adresami, pod które zapukali manifestanci było ministerstwo finansów, Komisja Nadzoru Finansowego i Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Tam także dzwoniły budziki, grały trąby, biły bębny – by obudzić śpiące państwo. KNF oświadczył, że jeśli otrzyma 10 tys. petycji, zajmie się sprawą. Telewizje Polsat (szefowa Nina Terentiew , szef informacji Jarosław Gugała) TVN (szefowie Edward Miszczak i Adama Pieczyński) skłamały że było 500 osób. TVP Info zamieściło rzetelną relację, słusznie oceniło liczbę manifestujących na kilka tysięcy.
W Wiadomościach TVP 1 (szef Piotr Kraśko) informacja o wielotysięcznej manifestacji w stolicy dotyczącej zdesperowanych kilku milionów Polaków zajęło… 2 sekundy i było wyłącznie ujęciem roześmianej Anny Grodzkiej defilującej w marszu. Potem nastąpiła 4 minutowa opowieść czy sukienka jest biało-zlota czy niebiesko-czarna i skąd wynikają różnice w postrzeganiu kolorów.
Podczas afery frankowej blokada informacji niekorzystnych dla banków w Wiadomościach TVP1, w TVN i Polsacie nigdy jeszcze nie była tak ostentacyjna jak dzisiaj. Bankowi lobbyści dwoją się i troją, ale też gwałtowny wysyp reklam banków w tychże telewizjach ma tu pewnie swoje znaczenie. Dzisiejszy marsz grupował bardzo różne środowiska i sympatie polityczne – od lewicy po prawicę. Wiele nas różni, ale łączy nas jedno: pragnienie i żądanie, by żyć w państwie prawa, by banki i wielki korporacje przestały drwić sobie z polskiego prawa i strzyc Polaków jak spętane barany - przy całkowitej bierności polskiego państwa.
Dzisiejsze kłamstwo i knebel Polsatu Niny Terentiew, TVN-u Edwarda Miszczaka i Adama Pieczyńskiego oraz Wiadomości Piotra Kraśki ma jedną dobrą stronę: te 5 tysięcy uczestników, ich rodziny i przyjaciele zobaczyli jak działają w Polsce największe telewizje. Jeśli dotąd sądzili, że ich problemem są okradające ich banki i bierna władza, to teraz wiedzą już, że w największych mediach czeka ich mur.
Manifestanci zaśpiewali dziś „Mury” Jacka Kaczmarskiego. Łącznie z tą trzecią, nie zawsze wykonywaną, smutną zwrotką: „a mury rosną, rosną, rosną, łańcuch kołysze się u nóg”.
Mieli też manifestanci wyborczą urnę – nie taką jak standardy III RP, ale całkowicie przezroczystą. Najpierw pokazali franki skandując „żeby banki zobaczyły franki”, potem pokazały, że na odwrocie rzekomych franków w istocie są złotówki, że to są wszystko kredyty złotówkowe, a potem wrzucali te franko-złotówki do urny zapowiadając, że w tegorocznych wyborach prezydenckich i parlamentarnych będą głosować na tego, kto przedstawi im najbardziej wiarygodny plan położenia kresu bankowemu bezprawiu.
Dodano:
Jan Krzysztof Bielecki: to był błąd nadzoru bankowego, że zdolność kredytowa we franku i w złotym mogła być różna18
STY
2015
- To był błąd naszego nadzoru, że zdolność kredytowa we franku i w złotym mogła być różna, co jest kompletnym szaleństwem - powiedział w programie "Świat" w TVN24 Biznes i Świat Jan Krzysztof Bielecki, przewodniczący rady partnerów w EY Polska i były premier. Odniósł się w ten sposób do sytuacji osób, które wg banków miały większą zdolność kredytową we franku szwajcarskim niż w rodzimej walucie. Jan Krzysztof Bielecki dodał, że "to była bardzo zła zasada, tworzyła bowiem fikcyjne wrażenie, że jak pożyczę we franku, to mogę pożyczyć więcej, bo mam niby większą zdolność".
- Gdy zacząłem pracować w Pekao to bardzo wyraźnie powiedzieliśmy naszym klientom, że możemy im pożyczać pieniądze tylko w tej walucie, w której zarabiają. W przeciwnym razie całe ryzyko przeszłoby na naszego klienta - powiedział były premier.
Pytany przez Jolantę Pieńkowską o kondycję polskich banków przy obecnym wysokim kursie franka szwajcarskiego Bielecki zapewnił, że "dla sektora nie jest to problem". - Nasz sektor bankowy jest stabilny, nie widzę tutaj żadnych ryzyk systemowych. Jestem przekonany, że polskie banki są bezpieczne. Stress testy już wcześniej pokazywały, że banki wytrzymają kurs franka na poziomie 5 zł. - podkreślił.
Bielecki dodał, że "gdybyśmy mieli euro, byłaby to dla nas łatwiejsza sytuacja".